Zwroty i reklamacje w ERP: jak wyjść z chaosu maili i Excela

· 7 min czytania · Zespół SilverData

W większości MŚP proces reklamacyjny nie istnieje jako proces. Istnieje jako skrzynka mailowa jednej osoby, plik „RMA-2024-v3-KOŃCOWY.xlsx" i decyzje podejmowane „z brzucha". Do momentu, w którym klient dzwoni piąty raz z pytaniem, co z jego zwrotem — a nikt w firmie nie umie odpowiedzieć.

To nie jest problem złych ludzi ani złej firmy. To problem procesu, który powstał sam — bo nikt nigdy nie usiadł i go nie zaprojektował. W pierwszych latach reklamacji było pięć na kwartał i handlowiec ogarniał je między kawami. Potem sprzedaż urosła, produkty się skomplikowały, a proces został ten sam: „jak coś wróci, to ogarniemy". Dopiero gdy „coś wraca" 30 razy w miesiącu, robi się dramat.

RMA (Return Merchandise Authorization) brzmi jak korporacyjny akronim, ale opisuje bardzo prostą rzecz: jaka jest ścieżka towaru i pieniędzy od momentu, w którym klient mówi „nie działa" albo „chcę zwrócić", do momentu, w którym sprawa jest zamknięta. W dobrze zorganizowanej firmie ta ścieżka ma numer, właściciela na każdym etapie i jedno źródło prawdy — najczęściej ERP.

Dlaczego Excel przestaje wystarczać

Excel jest genialny do trzymania listy 30 pozycji, którą ogląda jedna osoba. RMA to zwykle proces, w którym udział bierze magazyn (przyjęcie towaru), serwis (diagnoza), księgowość (korekta faktury), handlowiec (kontakt z klientem) i czasem szef (decyzja przy droższych sprawach). Excel nie potrafi obsłużyć pięciu osób jednocześnie, nie pilnuje statusów, nie liczy dni od zgłoszenia i nie wysyła nikomu przypomnienia.

Efekt jest zawsze taki sam. U jednego z naszych klientów — 24-osobowego dystrybutora elektroniki użytkowej — inwentaryzacja RMA po pół roku wykazała: 47 spraw „otwartych" od ponad 60 dni, w tym 12, o których wszyscy zapomnieli. Straty na tym „zapomnianym stosie" to było około 38 tysięcy złotych — częściowo towar, który dawno przeterminował gwarancję u producenta, częściowo koszty transportu, których nikt nikomu nie wystawił, częściowo klienci, którzy machnęli ręką, ale zapamiętali. Excel nikogo nie oszukał. Po prostu nie był narzędziem do tego zadania.

Jak wygląda dobrze poukładany proces

Zaczyna się od jednej rzeczy: każde zgłoszenie dostaje unikalny numer — najlepiej z licznika w ERP, nie z głowy handlowca. Numer RMA to jest wspólny język całej firmy. Bez niego magazynier mówi „ta paczka od pani z Krakowa", księgowa „ta korekta z zeszłego czwartku", a szef „ta z reklamacji tego drukarki". Nikt nie wie, że to jedna sprawa.

Potem trzeba mieć bardzo krótką listę statusów — nie 15, tylko 5 albo 6, które oddają rzeczywistość. Sprawdzony zestaw dla MŚP: zgłoszona → zaakceptowana → towar przyjęty → w diagnozie → decyzja → zamknięta. Każdy status ma jasnego właściciela: kto go zakłada, kto zmienia, kto zamyka. Jeśli sprawa siedzi w statusie „w diagnozie" trzeci tydzień, ERP musi to zauważyć i przypomnieć — bez tego wracamy do zapomnianego stosu z Excela.

Trzecia rzecz to decyzja z góry, nie z boku. W większości firm handlowiec decyduje „na czuja", czy uznać reklamację, wymienić towar czy zwrócić pieniądze. To działa, dopóki wszyscy handlowcy decydują tak samo — czyli nigdy. Zamiast tego warto mieć trzy proste reguły: do jakiej kwoty decyduje handlowiec sam, powyżej jakiej — kierownik, i kiedy sprawa idzie do serwisu producenta. Reguły spisane na jednej kartce, znane wszystkim, wpięte w ERP jako pola do wyboru.

Co musi umieć ERP

Nie potrzeba specjalnego „modułu RMA za 40 tysięcy". Większość ERP-ów używanych w polskich MŚP — Comarch Optima, enova365, Subiekt GT, Microsoft Dynamics — ma to wbudowane albo wystarczy im drobne rozszerzenie. Konkretnie chodzi o cztery rzeczy.

To nie jest lista życzeń do wdrożenia w rok. To jest minimum, poniżej którego proces nie zadziała. Jeśli Twój ERP tego nie ma, to nie znaczy, że musisz go wymienić — częściej wystarczy własne API i mały panel obok. Ale bez tych czterech rzeczy zostajemy w Excelu, tylko droższym.

Metryki, które warto mierzyć

Proces bez pomiaru wraca do chaosu — cichcem, w ciągu pół roku. Cztery liczby wystarczą, żeby zobaczyć, czy RMA działa:

Wracając do naszego dystrybutora: po trzech miesiącach od wdrożenia procesu (statusy, powiązanie z fakturą, automatyczne PZ zwrotu, cotygodniowy raport dla szefa) średni czas zamknięcia spadł z 28 do 9 dni, a stos „zapomnianych" spraw zniknął — nie dlatego, że ktoś je nagle rozwiązał, tylko dlatego, że system codziennie o nich przypominał, aż ktoś je domknął. Osobne, mierzalne: liczba telefonów od klientów z pytaniem „co ze zwrotem" spadła o dwie trzecie.

Pułapki, w które łatwo wpaść

Kilka rzeczy, które regularnie widzimy przy takich wdrożeniach — i które warto ominąć na starcie:

Od czego zacząć

Nie od zakupu narzędzia. Od pół dnia z kartką i pięcioma osobami z firmy: handlowcem, magazynem, serwisem, księgowością i szefem. Narysujcie razem obecny proces — z pamięci, bez upiększania. Zobaczycie, że w trzech miejscach nikt nie wie, kto powinien coś zrobić. To są punkty, w których RMA wykrwawia Wam pieniądze.

Dopiero potem konfiguracja w ERP, prosty panel dla handlowca, jeden raport tygodniowy dla szefa. Bez rewolucji, bez modułu za 40 tysięcy, bez rocznego projektu.

Reklamacje nie znikną, jeśli je zignorujesz — zamienią się tylko w cichy koszt, którego nikt nie widzi w P&L.

← Wróć na blog