Migracja dysku sieciowego do SharePoint i OneDrive: jak to zrobić bez utraty plików, uprawnień i tygodnia pracy zespołu

· 8 min czytania · Zespół SilverData

W co drugiej firmie, do której wchodzimy, w jakiejś szafie stoi serwer plików — najczęściej z mapą dysków „Z:\\\\firma" i historią folderową, którą pamiętają wyłącznie dwie osoby. Decyzja o przeniesieniu tego do SharePointa i OneDrive zwykle nie jest pytaniem „czy", tylko „jak to zrobić bez przestoju i bez utraty uprawnień, które się tam narastały przez dziesięć lat".

W tym roku robiliśmy taką migrację u 24-osobowej firmy konsultingowej z branży audytorskiej. Stary serwer plików (Windows Server 2019, dwa dyski RAID 1, 920 GB danych) stał w serwerowni razem z UPS-em, którego baterie skończyły żywot dwa lata temu. Backup był robiony „na drugi dysk w tym samym pudle". Mieli 12 800 folderów, 412 000 plików, średnio 6 lat dane, w tym sporo PDF-ów ze skanów po 15 MB każdy. Po migracji do SharePoint Online (na licencjach Microsoft 365 Business Standard, które już mieli) i OneDrive zostali z trzema bibliotekami zespołowymi, jasnym podziałem na „moje" i „nasze", a roczne koszty utrzymania spadły o około 11 tys. zł (prąd, serwis, licencja Windows Server, backup off-site). Cała migracja: 5 tygodni kalendarzowych, z czego sam cutover „od dziś pracujemy z SharePointa" trwał jeden weekend. Liczba utraconych plików: zero. Liczba osób, które w pierwszym tygodniu nie mogły otworzyć jakiegoś folderu: cztery — i każde z tych zgłoszeń rozwiązaliśmy w ciągu godziny.

Poniżej szkielet, jak się to robi.

Co naprawdę jest na Twoim dysku sieciowym

Pierwsza prawda: nikt w firmie nie wie. Drugi tydzień projektu to wyłącznie inwentaryzacja, bez tknięcia jednego pliku. Bez tego dalej idziesz w ciemno.

Ten etap nie jest spektakularny, ale właśnie tu odsiewasz 60% problemów.

SharePoint, OneDrive czy Teams — co gdzie ląduje

Najczęstszy błąd: wszystko wrzucić w jedną wielką bibliotekę SharePointa i mieć z głowy. Po pół roku okazuje się, że nikt nic nie znajduje, bo struktura folderowa z 2010 roku nie pasuje do współpracy w 2026.

Zasada, która się sprawdza w MŚP:

W praktyce dla 24-osobowej firmy wyszło nam: jedna główna witryna firmowa, cztery witryny działowe (księgowość, sprzedaż, projekty, HR), w każdej 2–4 biblioteki. Razem ~16 bibliotek zamiast 12 800 folderów na jednym dysku. To jest moment „upraszczamy", a nie „kopiujemy 1:1".

Plan migracji bez tygodnia przestoju

Microsoft daje Ci SharePoint Migration Tool (SPMT) i Migration Manager w Admin Center. Oba są darmowe, oba działają. Dla typowej 25-osobowej firmy SPMT wystarczy.

Schemat, który zawsze proponujemy:

  1. Migracja na sucho (dry run) na podzbiorze 50–100 GB. Sprawdzasz, co Migration Tool oflaguje czerwono: za długie ścieżki, niedozwolone znaki w nazwach (#, %, * w starszych nazwach plików), pliki zerobajtowe, czy puste foldery. Poprawiasz na źródle (zmiana nazw, skrócenie ścieżek), bo SharePoint po prostu pominie je w finale.
  2. Migracja danych historycznych w tle, przez 5–10 dni. Ludzie cały czas pracują na starym serwerze. Migration Tool kopiuje to, co się nie zmienia (archiwa, projekty zamknięte). To 80% objętości i 20% ryzyka.
  3. Cutover weekend. W piątek o 18:00 zamykasz zapis na starym serwerze (read-only przez NTFS). Sobota — delta sync, czyli dosłanie wszystkiego, co się zmieniło w ostatnim tygodniu. Niedziela — testy, weryfikacja kilkudziesięciu losowych folderów, mapowanie nowych skrótów na pulpitach.
  4. Poniedziałek rano — wszyscy mają na pulpicie skrót do SharePointa zamiast „Z:\\\\firma". Stary serwer zostaje włączony jeszcze przez 30 dni w trybie read-only, jako koło ratunkowe. Nikt tam nic nowego nie napisze, ale jak ktoś szuka „tej wersji z lutego", to jest gdzie sięgnąć.

Najczęstszy błąd na tym etapie: ktoś próbuje robić cutover w środku tygodnia roboczego, „bo szef nie chce płacić nadgodzin za sobotę". Po jednym takim podejściu już się tego nie powtarza.

Czego NIE przenosić do SharePointa

SharePoint jest świetny do plików biurowych. Jest zły do kilku konkretnych rzeczy i lepiej powiedzieć to wprost.

To jest jedna z trzech rozmów, które warto przeprowadzić zanim się ruszy migrację. Drugą jest model uprawnień. Trzecią — kto kasuje plik, kiedy ktoś odchodzi z firmy.

Co dalej

Migracja dysku sieciowego do SharePointa w 25-osobowej firmie to projekt na 4–6 tygodni, nie na weekend. Większość tego czasu to nudna robota: inwentaryzacja, czyszczenie nazw plików, konsolidacja uprawnień, dogadanie się, gdzie kończy się „moje" a zaczyna „nasze". Sama migracja techniczna to ostatnie 20%.

Wartością nie jest „mamy w chmurze". Wartością jest to, że po migracji nikt już nie pyta „gdzie jest plik X" — bo struktura jest płaska, wyszukiwanie działa, a dostęp z telefonu nie wymaga VPN-a. Plus odpada serwer w piwnicy z baterią UPS-a, której nikt nie wymienia.

Jeśli masz w firmie stary serwer plików, a licencje Microsoft 365 już płacisz — pogadajmy, zanim ktoś sprzeda Ci „migrację w weekend". Pierwsza rozmowa jest bezpłatna i trwa pół godziny.

Migracja do SharePointa to nie jest kopiowanie folderu 1:1. To jest moment, w którym uczciwie się przyznajesz, że 60% tego, co masz na dysku, nie powinno tam być już od pięciu lat.

← Wróć na blog