Testy penetracyjne w MŚP: kiedy audyt, a kiedy strata pieniędzy

· 7 min czytania · Zespół SilverData

Pentest to jedno z najczęściej sprzedawanych, a najgorzej wykorzystywanych narzędzi bezpieczeństwa w MŚP. Zamawiany za późno, za wcześnie albo w złym zakresie zamienia się w drogi raport, który ląduje w szufladzie. A powinien być punktem, w którym wiesz, gdzie realnie stoisz.

W ostatnich dwóch latach kilka razy widzieliśmy ten sam scenariusz. Ubezpieczyciel albo duży kontrahent wpisuje w kwestionariusz „wymagany test penetracyjny raz w roku". Właściciel dzwoni do dostawcy IT, dostaje ofertę na 15–20 tys. zł, podpisuje. Trzy tygodnie później dostaje 40-stronicowy raport, w którym pierwsze pięć znalezisk to: otwarty port RDP na publicznym IP, brak MFA na koncie administratora, domyślne hasło do routera, nieaktualny Windows Server 2012, brak segmentacji sieci. Wnioski: firma jest podatna. Cena za tę wiedzę: 18 tys. zł netto.

Problem nie leży w pentescie. Problem leży w kolejności.

Co pentest naprawdę sprawdza

Test penetracyjny to symulowany atak wykonany przez człowieka (lub zespół), który próbuje naruszyć konkretny system w konkretnym zakresie. To nie to samo, co skan podatności — skaner sprawdza „czy jest CVE-2024-xxxxx". Pentester sprawdza „czy jestem w stanie z tego CVE wyjść na serwer bazodanowy i wyciągnąć dane".

Rozróżnij te dwa światy, bo w ofertach są mylone celowo.

Większość firm, która „chce pentest", potrzebuje najpierw skanu podatności i pół dnia rozmowy o architekturze. Dopiero potem test penetracyjny konkretnego zasobu.

Kiedy pentest ma sens

Test penetracyjny jest wart pieniędzy, jeśli spełnione są trzy warunki jednocześnie:

Przykład, w którym pentest się opłacał. 30-osobowa firma logistyczna zbudowała portal B2B dla kontrahentów — logowanie, składanie zleceń, podgląd faktur. Przed uruchomieniem zamówili pentest aplikacyjny konkretnie na ten portal. Koszt: 22 tys. zł, dwa tygodnie pracy. Wynik: dwa poważne błędy autoryzacji (użytkownik A widział zamówienia użytkownika B po zmianie parametru w URL), jeden SQL injection w wyszukiwarce, kilka drobniejszych. Naprawa: 40 godzin dewelopera. Bez pentestu portal poszedłby na produkcję i zdaniem prawnika biznesu, po pierwszym wycieku danych klientów mieliby otwarty proces cywilny na sześciocyfrową kwotę plus zgłoszenie do UODO.

Kiedy to strata pieniędzy

Pentest to strata pieniędzy w kilku typowych sytuacjach:

Anty-hype jest tu prosty: pentest nie jest niczyim pierwszym krokiem w bezpieczeństwie. Jest weryfikacją, że kilka pierwszych kroków zrobiłeś dobrze.

Jak wybrać wykonawcę

Rynek jest podzielony między dwie skrajności: garażowi „hakerzy", którzy sprzedają pentest za 4 tys. zł (i dostajesz raport z narzędzia Nikto), oraz duże firmy audytowe, które sprzedają metodykę OSSTMM za 60 tys. zł i przysyłają juniora na dwa dni. Środek — dobrzy specjaliści z jasnym zakresem — istnieje, ale trzeba go znaleźć.

Co dalej po raporcie

Raport jest początkiem, nie końcem. Otwórz go w dniu otrzymania i podziel znaleziska na trzy kubełki: „naprawiamy w tym tygodniu" (krytyczne, gotowe do wykorzystania z Internetu), „naprawiamy w tym kwartale" (poważne, ale wymagają większych zmian), „ryzyko akceptujemy" (świadoma decyzja z uzasadnieniem, spisana). Ten podział trzymaj w jednym pliku, nie w głowie.

Po trzech miesiącach zrób retest. Po roku — pomyśl, czy w ogóle robić następny pełny pentest, czy wystarczy skan podatności plus test tego, co się zmieniło. Nie każdy rok wymaga tego samego zakresu.

Jeśli nie wiesz, czy Twoja firma jest gotowa na pentest, czy raczej gotowa na uporządkowanie podstaw — pół godziny rozmowy powinno wystarczyć, żeby to rozsądzić. Bez oferty na 20 tys. zł na wejściu.

Pentest nie jest pierwszym krokiem w bezpieczeństwie. Jest sprawdzeniem, czy kilka pierwszych kroków zrobiłeś dobrze.

← Wróć na blog