Dlaczego nikt nie używa nowego systemu: adopcja IT w MŚP bez owijania w bawełnę

· 8 min czytania · Zespół SilverData

Wdrożenie się udało. Faktura opłacona, dostawca odjechał, szef działu odetchnął. Sześć miesięcy później okazuje się, że połowa zespołu wciąż prowadzi robotę w Excelu. Nowy system stoi, świeci, ale w realnej pracy nie uczestniczy.

To nie jest wyjątek. To scenariusz, który powtarza się w Polsce co tydzień — w hurtowniach, u producentów, w firmach usługowych. Ludzie nie są głupi, dostawca nie oszukał, a jednak coś nie działa. Ten tekst jest o tym, dlaczego.

U jednego z naszych klientów — 28-osobowej firmie spedycyjnej — nowy TMS kosztował 180 tys. zł plus rok wdrożenia. Osiem miesięcy po starcie czterech z sześciu spedytorów wciąż prowadziło zlecenia równolegle w Excelu. Powód okazał się rozbrajająco prosty: w TMS-ie nie było pola na „uwagi dla kierowcy", a stażysta co piątek przenosił dane z arkuszy do systemu po godzinach. Wszyscy o tym wiedzieli. Nikt o tym nie mówił.

Kto właściwie miał tego używać

Pierwszy błąd zdarza się na długo przed wyborem systemu. Decyzja zapada u zarządu — na podstawie prezentacji, referencji i ceny. Do pokoju, w którym się to dzieje, nie zaprasza się handlowca, magazyniera ani spedytora. A to oni będą w tym systemie żyli osiem godzin dziennie.

Efekt jest taki, że kupujemy narzędzie „dla firmy", które nie pasuje do konkretnej roboty. Sprzedawca CRM-a pokazuje pięknego kanban-a, ale nikt nie zapytał handlowca, jak faktycznie wygląda jego dzień: telefon o 8:00 od klienta z reklamacją, e-mail z zapytaniem, pojazd który się zepsuł, cztery szybkie SMS-y w międzyczasie. Kanban ma trzy kolumny, a jego dzień ma piętnaście stanów.

Szkolenie to nie adopcja

Standardowe wdrożenie kończy się dwudniowym szkoleniem. Dostawca puszcza slajdy, klika przykłady, rozdaje instrukcję PDF, podpisuje protokół i jedzie. Za tydzień ludzie mają nowy system, świeżą pamięć i jedno zapytanie ofertowe, które właśnie się pali. Zgadnij, gdzie je wpisują.

Szkolenie pokazuje, gdzie są przyciski. Adopcja to coś zupełnie innego: dochodzi się do niej, kiedy człowiek przestaje myśleć „jak to zrobić w nowym systemie", a zaczyna po prostu robić robotę. To zajmuje tygodnie, nie godziny. Bez zaplanowanego wsparcia w tym okresie — codziennego, przez pierwsze cztery–sześć tygodni — większość zespołu wróci do tego, co zna. Excel nie wymaga szkolenia.

Excel wygrywa, bo słucha

Excel wygrywa z każdym systemem z jednego prostego powodu: robi dokładnie to, czego użytkownik chce, w tempie, w jakim tego chce. Nie zadaje pytań, nie wymusza obiegu, nie kłóci się, że pole „NIP" jest obowiązkowe. Jest posłuszny. Nowy system — z reguły — nie jest.

To nie znaczy, że nowy system jest zły. Znaczy, że jest gorzej dopasowany do rzeczywistości niż arkusz, który dana osoba budowała pod siebie przez trzy lata. Jeśli w TMS-ie brakuje jednego pola — spedytor nie zmieni procesu. Zapisze uwagi w Excelu. Jeśli w CRM-ie handlowiec musi wykonać siedem kliknięć, żeby zapisać kontakt — po dwóch tygodniach zapisze go w notesie.

W tej hurtowni spedycyjnej z naszego przykładu wystarczyło dodać w TMS-ie jedno pole tekstowe „uwagi dla kierowcy" i skrót klawiszowy do jego otwierania. Koszt: pół dnia programisty. Efekt: Excele zniknęły w dwa tygodnie. Nikt tego wcześniej nie zgłosił dostawcy, bo „to i tak nie zadziała", a dostawca pytał tylko na kwartalnym statusie.

Kto odpowiada za to, że system żyje

Ostatni brakujący element to konkretna osoba — nie stanowisko, nie „dział IT", tylko imię i nazwisko — która odpowiada za to, że dany system w firmie żyje. W dużej firmie nazywa się to „system ownerem". W MŚP nie musi to być etat: może to być dwie godziny tygodniowo dla kierowniczki magazynu, która i tak zna WMS na wylot.

Ta osoba pilnuje trzech rzeczy: że dane są aktualne, że zgłoszenia od użytkowników trafiają do dostawcy, że nowi pracownicy dostają wprowadzenie. Bez niej system po pół roku ma zdezaktualizowany katalog, nierozwiązane zgłoszenia sprzed miesięcy i nowego pracownika, który po tygodniu odkrył, że „to i tak zawsze robimy przez Excela".

Jak wygląda dobrze zrobione wdrożenie

Wdrożenie, po którym ludzie faktycznie korzystają z systemu, wygląda inaczej niż to typowe. Wybór trwa dłużej — bo w wyborze siedzi też przyszły użytkownik. Szkolenie jest krótsze — bo połowa zespołu widziała już system podczas pilotażu. Pierwsze cztery tygodnie po starcie są zaplanowane godzinowo, z wewnętrznym opiekunem. Lista drobnych zmian od użytkowników wraca do dostawcy co miesiąc, a nie „na koniec wdrożenia".

Kosztuje to trochę więcej pracy po naszej stronie i trochę więcej cierpliwości po stronie zarządu. W zamian dostaje się coś, czego nie kupi się w licencji: system, który po roku wciąż jest używany. To brzmi banalnie, dopóki nie policzy się, ile firm ma dzisiaj w księgach nieużywane oprogramowanie za 200 tys. zł.

Jeśli właśnie wdrażasz nowy system albo masz taki, którego zespół unika — pół godziny rozmowy z kimś z zewnątrz często wystarczy, żeby ustalić, gdzie tak naprawdę leży problem. Nie kupujemy licencji, więc nie mamy motywacji sprzedawać ci kolejnej.

System, którego zespół nie używa, kosztuje dwa razy — raz przy zakupie, drugi raz przy tym, że ludzie tracą czas na robienie tego samego równolegle w Excelu.

← Wróć na blog